Lek. wet. Marian Baran
Łańcut

O moralności – riposta

Czytając artykuł „Zazgnilczona moralność" („Pszczelarstwo" 3/2012) zmuszony zostałem do ponownej polemiki z autorem artykułu na łamach czasopisma. Tym razem to Pan Jaroń wszedł na grunt dla niego zbyt grząski i jako laik myli niektóre podstawowe pojęcia i przepisy dotyczące weterynarii, choć szczyci się być rzeczoznawcą chorób pszczół. W całym artykule przebija agresja i niechęć do służby weterynaryjnej. Pogardliwie nazywani przez niego „weterynarze" pokończyli niełatwe 6-letnie studia i mają zawód oraz tytuł lekarza weterynarii.

Autor artykułu myli Inspekcję Weterynaryjną (pion państwowy) z lekarzami wolnej praktyki, którzy zajmują się leczeniem zwierząt oraz obrotem lekami i niewiele mają wspólnego ze zwalczaniem takich chorób, jak zgnilec złośliwy zwany również amerykańskim.

Powiatowy Lekarz Weterynarii i kierowani przez niego inspektorzy nie handlują lekami, lecz stoją na straży przestrzegania prawa i zwalczania m.in. groźnych chorób pszczół. Owszem, Powiatowy Lekarz Weterynarii może wyznaczyć do dokonania przeglądu pasiek lekarza wolnej praktyki, ale robi to przeważnie tylko, jeżeli taki lekarz ma odpowiednią wiedzę o chorobach pszczół, a najlepiej jeśli posiada własną pasiekę. Niestety, takich lekarzy w każdym województwie można policzyć na palcach jednej ręki. Dlatego instytucja „rzeczoznawcy chorób pszczół" powinna być jak najszybciej reaktywowana i dlatego z takim wnioskiem zwróciłem się do prezydenta Sabata podczas jego obecności na walnym zjeździe WZP Rzeszów, ale ... bez echa.

Rzeczoznawca to pszczelarz odpowiednio przeszkolony, przeważnie miejscowy, a więc „swój chłop", który nie boi się pszczół i chętnie oraz dokładnie – oczywiście za odpowiednią opłatą – dokonywałby przeglądu pasiek w zagrożonych okręgach. Dokładnie, bo we własnym interesie, aby zgnilec jak najszybciej wyeliminować i oczyścić z niego teren. Zwolniłoby to inspektoraty weterynarii od stresujących czynności dokonywania przeglądów, często pobieżnych, aby kłopotliwy temat załatwić możliwie szybko.

Z przykrością muszę stwierdzić, że na studiach temat chorób pszczół traktowany jest zbyt marginalnie i lekarze weterynarii kończąc studia, mają bardzo słabą wiedzę o tych pożytecznych owadach. Niech więc nikogo nie zdziwi, że zwalczanie zgnilca złośliwego traktują jako zło konieczne. Białe plamy na zamieszczonej mapie z ogniskami zgnilca nie świadczą o tym, że choroby na tamtych terenach nie ma. Mogą jedynie wskazywać, że na tych terenach brak jest zgłaszania lub diagnozowania zarazy. Ostatnio wzrosła liczba przypadków ujawniania zgnilca złośliwego, co spowodowane jest tym, że od 3 lat pszczelarze otrzymują odszkodowania z urzędu za zniszczone rodziny. Również producenci pakietów, a zwłaszcza odkładów, mogli przyczynić się do roznoszenia tej choroby. Choć mają oni obowiązek badania swoich pasiek na obecność przetrwalników zgnilca złośliwego, to jednak często w pogoni za pieniądzem wykorzystują tzw. „kooperantów", którzy takich badań nie wykonują. Być może, również dzięki nim nasiliły się kradzieże rodzin pszczelich. Dlatego propozycja zarządzenia, aby tylko maksymalnie 2 odkłady mogły być zrobione z każdej posiadanej rodziny pszczelej, może zakończyć ten proceder.

Radykalne postępowanie ze zgnilcem – zniszczenie przez wysiarkowanie pszczół, a następnie spalenie całej zawartości ula i przedmiotów używanych przy obsłudze pszczół, których nie można odkazić, powoduje, że niszczymy ognisko choroby i po przeprowadzeniu przeglądu wszystkich pasiek w zagrożonym okręgu, obostrzenia nałożone przez Powiatowego Lekarza Weterynarii mogą być szybciej odwołane z korzyścią dla wszystkich pszczelarzy w okręgu. Natomiast przy postępowaniu zachowawczym – przy tzw. podwójnym przesiedleniu – obowiązuje po 30 dniach wykonanie ponownego przeglądu pasieki zapowietrzonej i dopiero po negatywnym wyniku, ograniczenia mogą być cofnięte.

Obecne przepisy nie zezwalają na leczenie chorych rodzin. Dopuszczają jedynie w uzasadnionych przypadkach postępowanie zachowawcze – uwalnianie rodzin od przetrwalników zgnilca złośliwego przez podwójne przesiedlenie z osadzeniem rodziny na ramkach z węzą. Można tę metodę stosować, jeżeli rodzina jest silna i w okresie, kiedy pszczoły wypacają wosk, a więc mogą węzę odbudować. Jeśli pszczelarz zgłosi chorobę w sierpniu lub jeszcze później i w dodatku bardzo zaawansowaną, a więc z osłabionymi rodzinami, wtedy najlepiej, niestety, postępować radykalnie, o czym poinformował Wojewódzki Lekarz Weterynarii ze Śląska w kontrowersyjnym artykule.

Jak mizerna jest wiedza pszczelarzy na temat chorób pszczół, można przekonać się, prowadząc szkolenia pszczelarzy. Na pytanie, kto wie, jak wygląda plaster z rodziny chorej na zgnilec złośliwy, tylko 10-15% pytanych wykazuje się tą wiedzą. Ustawa wyraźnie zobowiązuje wszystkich, którzy decydują się na chów pszczół, do znajomości objawów tej choroby i postępowania już w przypadku podejrzenia jej pojawienia się. Jeszcze mniej osób przyznaje się, że mieli kiedykolwiek w pasiece tę chorobę.

Nie wiem, dlaczego zgnilec złośliwy traktowany jest jako choroba „wstydliwa". Przecież na zgnilec złośliwy najczęściej zapadają w pasiece rodziny najlepsze, najbardziej pracowite, rodziny, które przeważnie wczesną wiosną penetrują teren w poszukiwaniu pożytku, a natrafiając na niezabezpieczone ule po spadłych wskutek zgnilca rodzinach, przynoszą do ula resztki zapasów skażonych przetrwalnikami. Początkowo w pasiece chorują 1-2 rodziny, a dopiero później pszczelarz przez swoją niewiedzę doskonale zaraża pozostałe rodziny, zamieniając plastry zwłaszcza przy pierwszym miodobraniu.

W mojej pasiece (80 pni) wszystkie plastry mają numer ula i po miodobraniu wracają na swoje miejsce. Przestrzegam przed leczeniem rodzin na własną rękę. Po pierwsze, nie będzie możliwości wykrycia źródła zakażenia naszej pasieki w terenie, czyli tzw. ogniska pierwotnego, które nadal będzie zagrażać. Po drugie, polisulfamid czy też inne leki działają przeważnie bakteriostatycznie, więc nie zabijają przetrwalników zgnilca złośliwego, które mogą żyć nawet 40 lat, hamują jedynie ich rozwój, a więc choroba będzie w ulu nadal, a nie pojawią się jedynie jej objawy, przy czym zaprzestanie podawania leku, spowoduje ponownie nawrót choroby. Przy okazji, rozprowadzimy zarazę na pozostałe zdrowe rodziny, przez plastry i sprzęt, a miód i inne produkty pozyskiwane z takich leczonych uli długo będą skażone lekami.

Mapka zamieszczona w artykule „Zazgnilczona moralność" ilustruje wyraźnie, że najwięcej ognisk tej choroby było na południu i na wschodzie kraju, a więc w województwach o dużym przepszczeleniu i rozdrobnieniu pasiek. Dopóki nie będzie realizowane zarządzenie o obowiązkach rejestracji wszystkich pasiek oraz dopóki nie będzie kontroli nad wędrówkami pasiek i dopóki pszczelarze – zwłaszcza ci drobni – nie posiądą tzw. minimum wiedzy o chorobach pszczół, walka ze zgnilcem będzie walką z wiatrakami. Oby nowy „Kodeks Dobrej Praktyki Produkcyjnej w Pszczelarstwie" (wydany w 2011 r., jeszcze do nabycia w siedzibie PZP) nie był zbiorem martwych przepisów i pobożnych życzeń. Odszkodowania za zniszczone z urzędu rodziny pszczele i sprzęt są na ogół zadowalające i żaden z pszczelarzy w moim powiecie nie czuł się poszkodowany, straszenie służbą weterynaryjną może natomiast spowodować, że pszczelarze podejrzewając chorobę, będą ją ukrywać lub przenosić chore rodziny na inne tereny, stwarzając w ten sposób nowe ogniska choroby i nowe zagrożenia. Jeszcze raz powtarzam, że przy zgnilcu złośliwym ustawa wyraźnie nakłada obowiązek zgłaszania choroby, a nawet jej podejrzenia, a kto tego nie czyni lub kto namawia do jej ukrywania, popełnia przestępstwo. To, że prawo jest niedoskonałe, a nawet złe, w zupełności się z tym zgadzam, ale przy obecnej wiedzy i świadomości większości pszczelarzy mam wątpliwości, czy postępowanie radykalne nie jest w obecnej chwili najlepsze. Dlatego powszechne szkolenie pszczelarzy, podnoszenie ich wiedzy oraz znajomości chorób pszczół i przepisów jest sprawą priorytetową, bo lepiej jest zapobiegać, niż leczyć.

 
 ---
 
© Miesięcznik PSZCZELARSTWO, Pszczelnicze Towarzystwo Naukowe, 2004-2016
Agroturystyka